Znali go chyba wszyscy. Jaki był, co robił, o czym marzył. Media zafundowały mu darmowy, retrospektywny reality-show -- a wszystko to dzięki wypadkowi, śpiączce i wpływowym rodzicom.
Ojciec zatrudnił najlepszych dziennikarzy, z tych, co to wyciskają łzy o byle kociaka, by stworzyć korzystny image swego śniącego dziecka i.. inwestycja się opłaciła.
W dniu wypadku miał więc 24 lata, kochającą dziewczynę, plany, szanse na świetlaną przyszłość. Nie chciał pieniędzy od rodziców, do wszystkiego dochodził sam -- pomysłowością, uczciwością i rzetelną pracą. Anegdotkami z jego barwnego życia raczyli media jego profesorowie, przyjaciele, rodzina. Inteligentny, dowcipny, czuły.. idealny.
Cały kraj trzymał kciuki. Po dwóch latach rozkręcania tej przedziwnej koniunktury Chłopiec uśmiechał się z billboardów, w jego intencji sprawowano nabożeństwa, przesyłano kolekty. Był usprawiedliwieniem dla wszystkich -- globalną jałmużną, dzięki której zasypiali spokojnie, w poczuciu swej dobroduszności i troski o losy innych.
I może dlatego nikt nie liczył, ile pieniędzy trafiło już na leczenie, odkąd pierwsze wzmianki na jego temat pojawiły się w prasie; nikt nie sprawdzał, czy opisywani Lekarze, Znachorzy, Guru czy Cudotwórcy kiedykolwiek wylądowali w Mieście -- bardziej niż potrzebującym chorym -- był bowiem symbolem, ikoną.
A z drugiej strony...
Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, skoro Chłopiec, owa złotonośna kura, nigdy nie zapadł w śpiączkę, bo zginął na miejscu w spowodowanym po pijaku wypadku?
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/