Zło fascynuje. Inkarnacje Szatana w amerykańskich filmach to najczęściej piękni, pociągający blondyni -- czasem, jako wyjątek potwierdzający tę bardzo chybotliwą regułę, panem ciemności zostaje Al Pacino. Z im wyższych sfer pochodzi -- tym bardziej jest subtelne, bardziej dystyngowane, w tym bielszych rękawiczkach. Jak przedstawić jednak w sposób dystyngowany rzeczy naprawdę ohydne? Ridley Scott zdaje się nie mieć z tym najmniejszego problemu.
Hannibal "Kanibal" Lecter, postać sprzed 10 lat, nagle powraca. W sposób bardziej elegancki, bardziej wyrafinowany. Anthony Hopkins w towarzystwie Julianne Moore miast Jodie Foster oraz Gary'ego Oldmana, który i bez twarzy potrafi być bardzo perfidny -- to kino z naprawdę wysokiej półki. W każdym detalu perfekcyjne, pełne niuansów, finezyjne -- dające satysfakcję w przewidywaniu nadchodzących zdarzeń, by chwilę później jeszcze bardziej zaskoczyć.
Zadziwiający intelekt doktora Lectera, jego nienaganne maniery, czarujący głos (czy może wypadałoby powiedzieć: czarujący Anthony Hopkins) w niesamowity sposób współgrają z absolutnym brakiem skrupułów w czynionych okrucieństwach. Okrucieństwach "ze względów estetycznych" -- lektura akt Hannibala przynosi bowiem takie ciekawostki, jak zjedzenie flecisty światowej sławy orkiestry dla poprawienia jej brzmienia..
I wbrew zdrowemu rozsądkowi ten, jak by na to nie spojrzeć -- ludożerca, fascynuje, bałamucąc swym czarem obie strony ekranu. Czujesz, że coś jest nie tak, ale ulegasz.. lubisz go.
"Hannibal" to niewątpliwie kinowa uczta, uczta z niejednym bardzo egzotycznym daniem -- daniem nie dla każdego strawnym.