Scott Adams (autor «Dilberta») swego czasu dowodził, że bycie najlepszym w jednej dziedzinie to.. nie do końca najlepszy pomysł. zbyt duża konkurencja i spore prawdopodobieństwo, że poprzeczka i tak jest już za wysoko. może nie jest to najbardziej stymulująca informacja, ale – spójrzmy prawdzie w oczy – wielu oszczędzi przykrych rozczarowań.
Adams postuluje w zamian bycie całkiem niezłym w kilku wybranych dziedzinach i umiejętne tych dziedzin połączenie. i, w zasadzie, ma rację. dowodzi tego na swoim przykładzie – jako wcale nie najlepszy rysownik, bynajmniej nie najlepszy komik, a już absolutnie nie najlepszy pracownik biurowy – nie znalazł w okolicy zbyt wielu całkiem niezłych komików-rysowników znających się na codziennym życiu pracownika korporacji. strzał w dziesiątkę, sława, bogactwo, no i robi to, co kocha.
«specjalizacja jest dla insektów» spuentowałby Heinlein.
Neron miał rację.
mniej więcej raz w tygodniu, najczęściej w okolicach niedzieli, zgadzam się z facetem, który ponabijał chrześcijan na pale i podpalił. no dobra, może odrobinę przesadzam. ja tylko.. zupełnie spontanicznie sympatyzuję z jego.. hm. frustracją.
owszem, chrześcijaństwo było zagrożeniem dla ówczesnego status quo, negowało rzymskich bogów, nadto solidnie mieszało w głowach niewolników, jednak to, co zazwyczaj przechyla szalę (zwłaszcza, gdy ktoś jest z urodzenia lekko obłąkanym piromanem - powszechne uznanie go za wybrańca bogów też sprawy raczej nie ułatwia), co mogło być iskrą odpowiedzialną za pożar Rzymu, to właśnie frustracja.
wyobraź sobie Cesarstwo. wspomnij Pax Romana - wszystkie te podbite ziemie, połączone siecią dróg. solidnie ubitych, kamiennych dróg, które, jak uczy historia, wszystkie prowadzą do Rzymu. i wyobraź sobie, że na skrzyżowaniach tych dróg, co rusz, zbiera się garstka ludzi by patykami kreślić.. symbol ryby. stoją w kółku, na samym środku drogi. zapatrzeni w ziemię, oderwani od świata materialnego, wszystko mają wspólne i zupełnie nie interesuje ich, co dzieje się wokół. mają swoje patyki, mają swoje ryby. a wokół dzieje się.. korek.
no dobrze, konkretyzujmy. to ten facet przed tobą, pewnie miły, sympatyczny, uczciwy i miłosierny, bo przecież na klapie od bagażnika ma rybę - znaczy się - pełną gębą chrześcijanin. więc, zgodnie z tradycją, świata poza tą swoją rybą nie widzi i świat mu obojętny, obojętne też lusterka i inni (z rybą czy bez - tu tradycja odrobinę szwankuje) użytkownicy dróg. sunie stateczne dwadzieścia trzy kilometry na godzinę, samym środkiem drogi; zwalnia na zielonych światłach, a gdy mrugnie pomarańczowe - natychmiast hamuje. wreszcie - zielone - a on, jakby wytrącony z religijnej ekstazy, przez parę sekund przypomina sobie, gdzie jest, potem zaczyna szukać drążka skrzyni biegów, wreszcie, w przebłysku świadomości, wrzuca jedynkę i przy odrobinie szczęścia rusza, nim imperatyw kategoryczny wciśnie za niego hamulec na widok pomarańczowego. szlag, zbyt gwałtownie puścił sprzęgło.
i to ten moment, gdy rozumiem obawę o Cesarstwo, rozumiem dylemat, może wcale nie tak obłąkanego, Cezara - paraliż komunikacyjny Imperium kontra parę żywych pochodni..
wszyscy wybralibyśmy tak samo.
bo z fiszkami chyba to trochę, jak z fotografią – ten sam świat, to samo światło, ten sam moment. złapany właśnie tak, w tym miejscu, z takiej perspektywy. właśnie tak, nie inaczej kadrowany. kawałeczek w lewo i akcenty zmieniają się zupełnie, kawałeczek w prawo i nie bardzo jest sens to komukolwiek pokazywać. choć przecież to wciąż ten sam świat, ta sama chwila.
i pewnie, by analogia była pełna, wypadałoby czasem coś doostrzyć, może rozmyć.. przyjmijmy więc, że to taka do bólu reportażowa fotografia - bez ingerencji - za to umożliwiająca ci, jeśli skusiło cię, co zobaczyłeś, dużo mniejszym nakładem sił, znalezienie się w tym samym miejscu, dokładnie w tym samym miejscu.
stąd, od dawna, co jakiś czas, właśnie te kilka zdań, tylko te kilka zdań. tak, nie inaczej kadrowane, wyrwane z kontekstu. bez komentarza. ot, takie.. fotografowanie słów.
autoportret. to taki inny sposób opowiadania historii – jego inność tkwi w tym, że z takich, czy innych powodów, wciąż pojawia się ta sama gęba, czasem reszta tego, co do niej doczepione. jeśli przymknąć na to oko, być może (tak, wiem, to już może przyjść ciężko) wręcz potraktować ten fakt jako swego rodzaju walor – historia opowiada się sama.
i tak, będąc w niej fotograficznym sterem, żeglarzem i okrętem – od jakiegoś czasu zapraszam na jej fragmenty.
jak wszystkie historie, i ta była pomyślana dla kogoś. dla s.